Obóz Pathfinder „Daniel – mission impossible”
15 września 2011 • przez Adwentyści Poznań • w Informacje
Tłem całego obozu,od początku do końca, była historia Izraelitów porwanych do niewoli babilońskiej za czasów panowania króla Nebukadnezara.
Dosłownie, od początku do końca – bo obóz zaczynał się porwaniem. Niektóre dzieci zostały wzięte z samochodu, którym przyjechały, zaraz po przejechaniu przez bramę ośrodka. Związane po kilkanaście na raz, były oprowadzane po „Babilonie”- imperium, którego niewolnikami się stali. Natomiast zakończenie obozu miało miejsce w dniu, kiedy to Cyrus uwalnia lud po kilkudziesięciu latach niewoli. Pomiędzy tymi wydarzeniami rozgrywała się cała historia proroka Daniela, która przedstawiana była w postaci scenek, gier terenowych i wspólnych zajęć. Dzieci przeżyły „próbę z jedzeniem”, odgadywały sen z posągiem, były poddane próbie kłaniania się innym bogom, a nawet widziały moment, kiedy to król, wzbity w pychę oszalał i zachowywał się jak bydło i jadł trawę.
Błogosławieństwem dzieci jest to, że fikcje, którą im przedstawialiśmy odbierały bardzo realnie. Dzięki temu angażowały się emocjonalnie, a co za tym idzie, mogły głębiej przeżyć to co się działo, nie tylko na poziomie intelektualnym, ale właśnie na płaszczyźnie emocji. Na tym polegał moim zdaniem fenomen tego obozu. To było dla mnie niezwykłe doświadczenie. Gdy kiedyś słyszałem hasło „ewangelizacja dla dzieci”, nie miałem pojęcia jak może ona wyglądać. Teraz mogłem zaobserwować jak dzieci, które mają naprawdę imponujący poziom wiedzy biblijnej i znają „poprawne, chrześcijańskie odpowiedzi”, podejmowały autentyczne decyzje, by Bóg miał miejsce w ich życiu.
Przedstawię to szerzej na jednym przykładzie. Tak zwana „próba z jedzeniem”, tzn. epizod, w którym kilkoro niewolników izraelskich decyduje się na to, by nie jeść tego wszystkiego co zwykł jadać król, ale chcą stosować dietę bardziej odpowiednią dla prawidłowego rozwoju człowieka. Wyglądało to tak: podczas porannego spotkania, na którym sporo czasu przeznaczano na śpiew, przypominano konkretny fragment historii. Zaraz później, podczas bardziej kameralnych spotkań w gronie zastępu, dzieci wraz z zastępowym omawiały temat szerzej, starając się odnieść go do codziennego życia. Natomiast kulminacja nastąpiła w porze kolacji. Przygotowaliśmy dwa stoły. Pierwszy stół – “królewski”; dominowały na nim chipsy paprykowe, paluszki solone, czekolada nadziewana, wafelki i gazowane napoje o smaku pomarańczy. Drugi stół – „zdrowy”; na nim był chleb, później wniesiono naleśniki. Próba wyglądała następująco: zastępy wchodziły pojedynczo i każdy miał zadecydować czy chce jeść ze stołu królewskiego, pod warunkiem, że pokłoni się władcy i pocałuje go w rękę, czy też chce jeść z pospólstwem i „wierzyć w kogo tam sobie chce”. Decyzje podzieliły uczestników mniej więcej na połowę. Sporo myśli nasuwało się już przy samej kolacji, jak np. to, że te kuszące dania nie syciły. Gdyby nie naleśniczki, które litościwie dała kadra na dokładkę, to poszliby lekko niedojedzeni spać. Cały ogrom wniosków wypłynął wieczorem podczas „świeczki”. „Świeczka” była czasem tuż przed samą ciszą nocną, kiedy w gronie samego zastępu (około ośmiu osób) omawiano “na spokojnie” cały dzień. Prorok (kapelan obozowy – pastor Krzysztof Kudzia), wyciągał bardzo trafnie wnioski z wydarzeń mijających dni. Wszystko to razem sprawiało, że każdy kolejny dzień był niezwykły, wypływał z poprzedniego i wszystko razem tworzyło jednolitą całość.
Trudno byłoby oddać w tej krótkiej relacji to, czym ten obóz był dla uczestników. Z naszej poznańskiej drużyny „Irbisów” w obozie wzięła udział większość członków. Można ich z pewnością zapytać o wrażenia, które – jak jestem przekonany – będą zbieżne z moimi.
Obóz był błogosławieństwem nie tylko dla dzieci i kadry. Wierzę, że także dla każdej osoby z terenu, na którym przebywaliśmy.
(PP)

