Quo vadis, Munde?
3 listopada 2010 • przez Adwentyści Poznań • w Artykuły
Jak głosi powszechna tradycja, pewnego dnia apostoł Piotr miał uciekać z Rzymu w obawie przed prześladowaniem i grożąca mu męczeńską śmiercią. Po drodze spotkał Jezusa idącego do miasta. Apostoł, wstrząśnięty tym spotkaniem podobno zapytał:
– Quo vadis, Domine (dokąd idziesz, Panie)?
– Skoro ty opuszczasz mój lud, ja idę do Rzymu, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry – miał odpowiedzieć Chrystus.
Chociaż nie ma ani jednego źródła biblijnego i pozabiblijnego potwierdzającego wiarygodność wspomnianego zdarzenia czy też działalności apostoła Piotra w Rzymie, a nawet są pewne dowody na to, że tak nie było, opowieść ta była i nadal jest powszechnie powtarzana. Wykorzystał i spopularyzował ją Henryk Sienkiewicz pisząc powieść „Quo vadis”. Legenda ta nabrała jeszcze większej popularności, od czasu, kiedy w oparciu o tę książkę nakręcono kilka filmów.
Kim jest ów 'Dominus’? To Jezus z Nazaretu, obiecany przez Boga i długo przez ludzi oczekiwany Mesjasz, Zbawiciel świata. Jezus przyszedł na ten świat w czasie i w sposób dokładnie przepowiedziany przez Boga. W księgach świętych Starego Testamentu istnieje ponad trzysta proroctw, podanych przez Boga za pośrednictwem starotestamentowych proroków, ludziom oczekującym na Mesjasza. Wszystkie one wypełniły się w narodzeniu, życiu, służbie mesjańskiej, w śmierci, pogrzebie, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Jezusa z Nazaretu.
Zgodnie z zapowiedzią starotestamentowych proroków i symboliką służby ofiarniczo-kapłańskiej, jaka sprawowana była w świątyni izraelskiej, wtedy „gdy nadeszło wypełnienie czasu, zesłał Bóg Syna swego” (Gal. 4,4), który narodził się z panny Marii.
Apostoł Paweł napisał, że Zbawiciel przed swoim przyjściem na ten świat, „chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; (…) uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej” (Filip. 2,6-8). Wszystko to stało się dokładnie tak, jak zapowiadali prorocy Boga.
Chrześcijanie nie mają wątpliwości co do tożsamości i boskiego pochodzenia Jezusa Chrystusa. W ewangelii czytamy, że „Słowo”, które było Bogiem, które stwarzało ten świat i człowieka, stało się ciałem i zamieszkało wśród nas, i ujrzeliśmy chwałę jaką ma jedyny Syn od Ojca pełne łaski i prawdy (Jan 1, 1-3.14). A to wszystko stało się dlatego, że Bóg postanowił uratować człowieka, który z chwilą grzechu stanął w obliczu wiecznej śmierci – unicestwienia.
„Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń uwierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny” (Jan 3,16). Jako chrześcijanie wiemy, że Jezus swoją śmiercią na krzyżu zapłacił cenę zbawienia człowieka, bo czytając natchnioną wypowiedź apostoła Piotra, dowiadujemy się, że: „nie rzeczami znikomymi, srebrem albo złotem zostaliśmy wykupieni z marnego postępowania naszego (…), lecz drogą krwią Chrystusa, jako baranka niewinnego i nieskalanego” (1 Piotra 1,18-19). Dokładnie tak, jak zapowiedzieli natchnieni przez Boga prorocy, Jezus trzeciego dnia zmartwychwstał, a po czterdziestu dniach wstąpił do nieba.
Obietnica powrotu Jezusa. Zanim Jezus odszedł z tej ziemi, pocieszał swoich wierzących naśladowców, pouczał ich i pozostawił bardzo cenną obietnicę: „Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie! W domu Ojca mego wiele jest mieszkań; gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce. A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie ja jestem i wy byli” (Jan 14,1-3). Tuż po wniebowstąpieniu Jezusa, wysłannicy niebios przypomnieli ja zasmuconym uczniom: „Mężowie galilejscy, czemu stoicie, patrząc w niebo? Ten Jezus, który od was został wzięty w górę do nieba, tak przyjdzie, jak go widzieliście idącego do nieba” (Dz.1,11).
Od tamtego dnia obietnica ta stała się „błogosławioną nadzieją” (Tyt. 2,13) wszystkich chrześcijan oczekujących powrotu swego Pana.
Warto wiedzieć, że na każde dwadzieścia pięć tekstów Nowego Testamentu, jeden dotyczy spełnienia tego wielkiego wydarzenia mającego nastąpić już w niedalekiej przyszłości. Jeżeli nadejście Mesjasza zapowiadane było w ponad trzystu tekstach Starego Testamentu, to zapowiedź Jego powrotu na ziemię po wierny Mu lud znajdujemy w ponad tysiąc pięciuset miejscach w całej Biblii. Jest to wspaniała perspektywa dla wszystkich nas, chrześcijan, którzy w codziennych zmaganiach i szarzyźnie życia często o rym zapominamy. W chwilach ciężkich i trudnych, kiedy wszystko zdaje się budzić grozę, dobrze jest przypomnieć sobie radę Jezusa daną na taki czas i mocno trzymać się obietnicy: „podnieście głowy swoje, bo zbliża się wasze odkupienie!” (Łuk. 21,28).
Namiestnik Pana Jezusa jest z nami! Zbawiciel pozostawił także inną kosztowną obietnicę, a dotyczy ona Jego Następcy i funkcji nauczycielskiej jaką Duch Święty pełni w Kościele na ziemi, w okresie od wniebowstąpienia, aż do chwalebnego powrotu naszego Pana: „Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki (…). Lecz Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w imieniu moim, nauczy was wszystkiego i przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem” (Jan 14,16.26). „A On, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu i o sprawiedliwości, i o sądzie” (Jan 16,8). Tak, Jezus Chrystus odchodząc z tej ziemi, wyznaczył swego następcę (namiestnika). Jest nim trzecia osoba Bóstwa – Duch Święty, gdyż Boga, w Jego Kościele może zastąpić tylko istota boska.
Tuż przed wniebowstąpieniem, Pan nakazał swoim naśladowcom: „…nie oddalajcie się z Jerozolimy, lecz oczekujcie obietnicy Ojca o której słyszeliście ode mnie (…) weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was i będziecie mi świadkami w Jerozolimie, i w całej Judei i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz.Ap. 1, 4.8;). Duch Święty, zstąpił na apostołów w Dniu Pięćdziesiątnicy, czyli pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu i dziesięć dni po wniebowstąpieniu Pana. Od tamtego czasu, Duch Święty prowadzi Kościół Chrześcijański, Kościół zbudowany na Skale – na Jezusie Chrystusie, który jest jego Głową i Opoka. Tak będzie aż do powrotu Pana.
Jedyny Kapłan Boży. W czasie, w którym żyjemy, pomiędzy pierwszym i drugim przyjściem Chrystusa, nadal kontynuowana jest Jego zbawcza misja. Grzesznicy, w każdej chwili swojego życia mogą przychodzić do Jego tronu łaski. Jemu osobiście i bezpośrednio wyznają swoje grzechy, u Niego też dostępują rozgrzeszenia oraz mocy potrzebnej do naprawienia krzywd i błędów. Duch Święty odnawia w nich podobieństwo do Stworzyciela, a także daje rade i moc potrzebną do prowadzenia nowego, lepszego życia.
W Nowym Testamencie czytamy: „Główną zaś rzeczą w tym, co mówimy, jest to, że mamy takiego arcykapłana, który usiadł po prawicy tronu Majestatu w niebie, jako sługa świątyni i prawdziwego przybytku, który zbudował Pan, a nie człowiek” (Hebr. 8,1-2). A apostoł Jan napomina i przypomina: „Dzieci moje, to wam pisze, abyście nie grzeszyli. A jeśliby kto zgrzeszył, mamy orędownika u Ojca, Jezusa Chrystusa, który jest sprawiedliwy. On ci jest ubłaganiem za grzechy nasze, a nie tylko za nasze, lecz i za grzechy całego świata” (1 Jana 2,1-2). Pismo Święte prosto i wyraźnie naucza, że tam, w przybytkach niebiańskich, dokąd Jezus odszedł, znajduje się prawdziwy „konfesjonał”. Nie ma takiego na tej ziemi.
Niebiańska świątynia. Obecnie na ziemi nie ma prawdziwej świątyni Bożej. W Nowym Testamencie, jedyna prawdziwa świątynia, w której oręduje nasz Kapłan jest w niebie. Apostoł Paweł napisał: „Chrystus nie wszedł do świątyni zbudowanej rękami, która jest odbiciem prawdziwej, ale do samego nieba, aby się wstawiać teraz za nami przed obliczem Boga; i nie dlatego, żeby wielekroć ofiarować samego siebie (…), gdyż w takim razie musiałby cierpieć wiele razy” (Hebr. 9,24-26). Ofiara złożona na Golgocie jest jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Nie ma też potrzeby ani możliwości składania ponownej, czy zastępczej krwawej, czy bezkrwawej ofiary za grzechy, gdyż jak czytamy w Piśmie Świętym, Chrystus został „raz ofiarowany, aby zgładzić grzechy wielu” (Hebr. 9,28). Z tego też względu wszelkie praktyki określane czasami mianem „sakramentów”, nie mają żadnego zbawczego znaczenia.
Nowotestamentowe chrześcijańskie obrzędy posiadają jedynie charakter symboliczny bądź pamiątkowy, przypominający to, co już się stało na krzyżu. Są one nawiązaniem i wyrażeniem wiary w wystarczalność raz złożonej, niepowtarzalnej i wiecznej w skutkach ofiary Jezusa Chrystusa. Omawiając sprawę ostatniej wieczerzy, zwanej też „Wieczerzą Pańską”, którą Pan Jezus spożył ze swoimi uczniami w ów wielki czwartkowy wieczór, apostoł Paweł napisał: „Ten kielich, to nowe przymierze we krwi mojej; to czyńcie, ilekroć pić będziecie, na pamiątkę moją” (1 Kor. 11,25).
Tak więc mamy to czynić jedynie dla przypominania wielkiej, zbawiennej dla nas, ofiary naszego Pana, na którego powrót czeka- my. Chrystus żyjąc na ziemi wypełnił swoją misje do końca. Do tego wielkiego zbawczego dzieła niczego już dodać nie można. Niczego też nie trzeba powtarzać, by tym samym nie zacieniać i nie podważać absolutnej wystarczalności i wyłączności zbawczego czynu Pana Jezusa.
W świetle powyższych faktów, sienkiewiczowską scenę w której pada pytanie: „Quo vadis, Domine?” na które rzekomo Jezus miał odpowiedzieć: „Skoro ty opuszczasz mój lud, ja idę do Rzymu, by mnie ukrzyżowano po raz wtóry”, można by zamienić na inną, w której to nasz jedyny Zbawiciel, który z miłości do człowieka dokonał dzieła zbawienia świata, mógłby zapytać: „Quo vadis, munde (dokąd idziesz, świecie – ziemio)?”
Umiłowany, acz nie zawsze rozsądny świecie – człowieku, dlaczego odwracasz się od Boga, swojego Stwórcy i Dawcy Życia, jedynego swego Zbawiciela i wkrótce powracającego Króla? A może myślisz, że gdybym po raz drugi umarł, to miałbyś większą szansę życia i szczęścia? Nie! Ja ze swej strony naprawdę uczyniłem już wszystko by cię uratować. Teraz kolej na twoją decyzje człowieku, na twój krok wiary, w moją stronę. Powtórzenie mojej ofiary nie jest ci potrzebne. Nie usiłuj poprawiać tego, co jest doskonałe. Natomiast pomyśl o sprawach i zachowaniach, o swoim codziennym życiu w którym, dzięki mojej sile i z moim błogosławieństwem możesz wiele dobrego dokonać. Oceń swoje dotychczasowe osiągnięcia, efekty wykorzystania geniuszu, w jaki cię wyposażyłem już przy stworzeniu. Określ swoje oczekiwania i nadzieje. Jakie jeszcze masz perspektywy? Dokąd jeszcze możesz sam dojść? Nazywasz się dumnie: 'Homo Sapiens’ – człowiek myślący. Wykorzystuj więc codziennie tę cudowną zdolność myślenia, kojarzenia i wyciągania konstruktywnych wniosków na dziś i na jutro – jeśli ono jeszcze będzie ci dane.
Myślenie ma przyszłość. Przeżyliśmy XX wiek – najokrutniejsze stulecie w dziejach świata. Świat pogrążony jest w oceanie problemów o zatrważających wprost rozmiarach: skażenie środowiska, eksplozja demograficzna, wyczerpywanie się surowców, głód, choroby, kieski na lądzie, morzu i w powietrzu, przestępstwa i zabójstwa na ulicach, w środkach komunikacji, szkołach i domach…
Wiek dwudziesty zapisał się w historii jako okres największego postępu naukowego. Było to stulecie rozbicia atomu i podboju kosmosu. Człowiek pozostawił ślady swoich stóp w pyle księżycowym, a zbudowane przez niego pojazdy kosmiczne dotarły do najdalszych rejonów Układu Słonecznego. Był to wiek rewolucji technologicznej i informatycznej.
Wydawało się nam kiedyś, że przy takiej eksplozji wiedzy, triumfie nauki i techniki oraz złagodzeniu niektórych problemów ludzkości kolejne lata i dekady będą marszem w stronę powszechnej radości, pokoju, szczęścia i optymizmu. Teraz już wiemy, że tak nie jest. Apokaliptyczne złowrogie odgłosy zwiastują koniec cywilizacji. Osiągnięcia nauki wykazały ludzką bezsilność w uporaniu się z problemami gnębiącymi świat. Wykształcenie, wiedza, zdrowy rozsądek, dyplomacja miały rozwiązać każdy problem człowieka, narodu i świata. Zawiodły jednak sromotnie.
Wielu pisarzy XX wieku (Hemingway, Sartre, Camus) dawało wyraz narastającemu uczuciu beznadziejności. Ci, którzy przyjęli zachodni styl życia, popadali w coraz głębszą depresję. Artyści powiększali ich szeregi. Było to typowe egzystencjalne spojrzenie na świat: życie jest bez sensu, a tylko z obecnej chwili, tak szybko uciekającej, można – jeśli w ogóle można – wydobyć jakieś znaczenie. Ich konkluzje są następujące: życie jest przypadkiem, pustką, czymś potwornym, brudnym żartem. Znalazło to także odbicie w poezji współczesnej poetki, laureatki nagrody Nobla, Wistowy Szymborskiej:
Miało się kilka nieszczęść
nie przydarzyć już,
na przykład wojna
i głód, i tak dalej…
Kto chciał cieszyć się światem
ten staje przed zadaniem
nie do wykonania…
Bóg miał nareszcie uwierzyć w człowieka
dobrego i silnego,
ale dobry i silny
to ciągle jeszcze dwóch ludzi.
Jak żyć- spytał mnie w liście ktoś,
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo…
Wielu zadawało sobie pytonie: Może następne stulecie będzie inne? I oto nadszedł dzień 11 września 2001 roku. Przypuszczono terrorystyczny atak na „stolicę świata”, Nowy Jork, na World Trade Center, a później na Pentagon. W „Polityce” (22 IX) czytamy: „Historycy kiedyś pewnie powiedzą, że XX wiek skończył się definitywnie 11 września 2001 roku o godzinie 8.45 czasu nowojorskiego, kiedy ufna, otwarta, silna Ameryka ugodzona została w samo serce. To, co niewyobrażalne, wręcz nierealne, coś, co tylko miało straszyć widzów w kinie, stało się naprawdę. Precyzyjny skrytobójczy zamach, który ugodził w tysiące niewinnych ludzi, wymierzony został w demokratyczny ład swobód i wolności. Ten dzień zmienił świat (…). Z dymu i kurzu po storpedowanych wieżowcach Manhattanu wyłania się na naszych oczach nieznana epoka”. „Została zaatakowana wolność i demokracja, zniszczona wiara w porządek, prawo i sprawiedliwość. Czy Ameryka się zmieni?” – napisał inny dziennikarz na łamach „Vivy” (22 IX).
W ciągu stuleci swobody religijne i demokratyczne były tym czynnikiem, które przyciągały do Stanów Zjednoczonych „pielgrzymów” z całego świata. Miały one swój wkład i przyczyniały się do szybkiego rozwoju tego kraju. Kraj ten traktowany był jako ostoja wolności i swobód religijnych. Wielu ludzi czytających Biblię coraz częściej stawia pytania o to czy Ameryka miałaby wypełnić przepowiednie prorocze z trzynastego rozdziału Apokalipsy, które zapowiadają zupełnie inną negatywną rolę tego mocarstwa w ostatnich scenach wielkiego boju pomiędzy dobrem i złem. Ostatnie wydarzenia zdają się potwierdzać słuszność tych przepowiedni.
Dokąd zmierzasz, świecie – człowieku? Obecnie, pytanie „Quo vadis, munde?” staje się bardziej aktualne niż kiedykolwiek przedtem. Przeraża nas żądza odwetu. Oczywiste jest, że broń masowego rażenia może zostać użyta w najbliższych wojnach. Mimo obrazowości katastroficznych filmów rządy poszczególnych krajów nie uświadamiają sobie w pełni realności zagrażającego nam niebezpieczeństwa. Przeraża pazerność producentów broni: „Czyż- by ci, którzy korzystają z dobrobytu materialnego, mając udział w przemyśle zbrojeniowym – napisała Mario Szyszkowska – nie zdawali sobie sprawy, że istnienie naszej planety wisi na przysłowiowym włosku? (…). Czyż znów – pyta dalej w „Trybunie” (26 IX) – moją ginąć niewinni ludzie, tyle że w innym kraju?” Życie każdego człowieka jest wartością bezcenną. Hiroszima już była. Obozy zagłady i łagry syberyjskie także.
Brak tolerancji, brak aprobaty dla różnorodności postaw ludzkich, brak zrozumienia i chęć zniewolenia tych, którzy pod jakimś względem są odmienni od większości społeczeństwa, wzbudza uzasadniony niepokój. Wojny religijne i płonące stosy już mieliśmy. Profesor Huntington postawił złowieszczą tezę: „Wojny przyszłości będą miały charakter religijny”. Warto pamiętać, że pierwszy konflikt opisany na kartach Pisma Świętego miał także charakter religijny (zob. 1Mojż. 4,1-16). Taki sam charakter będzie miał konflikt zwany Armagedonem (zob. Obj. 16,14-16). A więc, Quo vadis, munde?
Krytyczny stan. Tragedią naszych czasów jest to, że współczesny człowiek potrafi wymienić z imienia i nazwiska wybitnych sportowców, polityków czy uczonych, ale nie ma pojęcia, ile ksiąg zawiera Pismo Święte, kiedy powstało, kto jest jego autorem, a przede wszystkim, co jest jego treścią.
Współcześni mędrcy, historycy, a nawet niektórzy teologowie twierdzą, że owszem, istnieją dowody na to, że Chrystus był postacią historyczną, ale źródła historyczne nie wskazują na to, aby Go uważano za istotę boską. Był tylko świętym człowiekiem. Mimo woli przychodzą tu na myśl słowa proroka: „Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz (…) mój lud niczego nie rozumie” (Iz. 1,3).
Jeśli Chrystus nie był Bogiem, jeśli Bóg nie istnieje, a pojawienie się człowieka jest wynikiem czystego przypadku, to rzeczywiście życie pozbawione jest sensu i nadziei, bowiem pędzi zamknięte w statku kosmicznym (Ziemi) w bezkres czasu i przestrzeni, aby gdzieś w niezbyt już odległej przyszłości dobiec kresu. Świat rzeczywiście przypomina taflę lodu, którą niekontrolowane prądy pchają w kierunku ciepłych mórz południowych. Jeśli Bóg nie istnieje, to nie tylko nasza Ziemia, ale cały wszechświat pozostaje bez kontroli i jest zdany tylko na łaskę zdeprawowanej natury ludzkiej i ślepych sił fizycznych. Bez Stworzyciela, jakże kłopotliwe staje się pytanie: Quo vadis, munde?
Żyjemy w niezwykle krytycznych czasach, w których prymitywne skrzydła Dedala i Ikara zostały zastąpione pojazdami kosmicznymi, łuki – bronią jądrową, liczydła – komputerami. Równocześnie nie ulega wątpliwości, że jeden z głównych motywów człowieczego działania to nienawiść, chęć zemsty i odwetu. W tej sytuacji każdy rozsądny człowiek zadaje sobie pytanie: Dokąd zmierzasz, świecie?
Gdzie szukać odpowiedzi? Wposzukiwaniu odpowiedzi człowiek sięga po przepowiednie Nostradamusa, zasięga opinii jasnowidzów, wróżek, astrologów, stawia karty Tarota, wpatruje się w kryształowe kule, usiłuje nawiązać kontakt z zaświatem – jest oszukiwany przez istoty demoniczne. Tymczasem odpowiedź na odwieczne ludzkie pytania znajduje się w nieomylnym Słowie Bożym, które oznajmia nienaruszalną wolę i wyroki Wszechmocnego. W związku z tym przychodzą na myśl ostatnie chwile życia Juliusza Cezara zaatakowanego przez spiskowców i wypowiedziane przez niego pamiętne słowa: „Et tu Brute contra me”(i ty, Brutusie, przeciwko mnie), gdy wśród spiskowców zauważył swojego przyjaciela. Historycy twierdzą, że miał przy sobie list od kogoś życzliwego, ale nigdy go nie przeczytał, co przypłacił życiem. Podobny los spotyka każdego, kto lekceważy list od Boga, którym jest Pismo Święte. Ta fascynująca księga z właściwą odpowiedzią na owo monumentalne pytanie Quo vadis, munde? jest do nabycia nie dalej niż w najbliższej księgarni mającej na składzie egzemplarze najnowszych przekładów Pisma Świętego.
Wyjście z impasu. Jak mamy żyć w tym wieku rozpaczy, gdy wokół słychać jedynie głosy, w których brzmią nuty załamania, złości, strachu czy czystego nihilizmu? Jaki sens ma nasze istnienie? W Biblii mamy odpowiedź. Ukazano tam obraz ostatnich wydarzeń na planecie Ziemia i opisano stan ludzkości w dniach ostatecznych, zwłaszcza po tragediach, jakie rozegrały się 11 września 2001 roku, w słowach, które są niepokojąco właściwe: „Na ziemi lęk bezradnych narodów (…). Ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat” (Łuk. 21,25-26).
Jest jednak coś, co wykracza poza załamanie i rozpacz. Nadzieja jest w Bogu, który stworzył ten świat, który go odkupił i nadal czuwa i kieruje jego historią. Chrześcijańska nadzieja to nie ślepy optymizm, nie naiwne oczekiwanie, że w jakiś przypadkowy sposób problemy same się rozwiążą. Nadzieja chrześcijańska łączy w sobie zarówno przekonanie, jak i pewność. Jej korzenie nie tkwią w możliwościach człowieka. Ona trwa nawet wtedy, gdy uczucia słabną. Tak więc, choć nadzieja świata oparta na ludzkim prognozowaniu zawodzi, chrześcijańska nadzieja trwa i wzrasta, nawet wówczas, gdy rozum podpowiada, że nie można mieć nadziei i gdy oczy widzą jedynie rozpacz.
Biblia przedstawia Boga w działaniu. W całej historii Starego Testamentu zawsze pojawia się On jako ktoś, kto przynosi wybawienie, nieustannie interweniuje w obronie swego ludu. Bóg przychodzi, ponieważ człowiek Go potrzebuje, przychodzi, aby dać mu nadzieję. To dzięki interwencji Boga wstępuje w nas nadzieja. Pięknie opisał to Dawid: „Czemu rozpaczasz, duszo moja, i czemu drżysz we mnie? Ufaj Bogu, gdyż jeszcze sławić go będę: On jest zbawieniem moim i Bogiem moim” (Ps. 42,12).
Nowy Testament rozszerza i pogłębia ten pozytywny obraz Boga. Oto Pan, który zawsze spieszył człowiekowi z pomocą, który dwa tysiące lat temu dokonał największego dzieła odkupienia na krzyżu, teraz dopełnia aktu zbawienia, przychodzi osobiście by usunąć i tej ziemi skutki naszych grzechów. W Nowym Testamencie możemy przeczytać o posłannictwie Jezusa; o Jego życiu obfitującym w czyny pełne miłości, o wielkiej liczbie aktów dobroci, troski o zdrowie ciała i duszy człowieka. Jezus, „chodził, czyniąc dobrze” (Dz. 10,38) – tak podsumował Jego działalność jeden z apostołów.
Sam Jezus powiedział o swojej misji: „Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym zwiastował ubogim dobrą nowinę, posłał mnie, abym ogłosił jeńcom wyzwolenie, a ślepym przejrzenie, abym uciśnionych wypuścił na wolność, abym zwiastował miłościwy rok Pana” (Łuk. 4,18-19). Ewangelia wg Mateusza podkreśla tę nadzieję już w pierwszym rozdziale, gdy mowa jest o nadejściu Immanuela, Boga z nami (zob. Mat. 1,23), a kończy się słowami: „A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” (Mat. 28,20).
Chrześcijanin to naśladowca Chrystusa. Działalność Zbawiciela świata jest kontynuowana przez Jego naśladowców – chrześcijan, którzy od Niego otrzymali nie tylko imię, ale też charakter wrażliwy na potrzeby bliźnich.
Apostoł Jan, ten sam, któremu Jezus z krzyża zlecił opiekę nad swoją matką Marią, jest wzorem dla chrześcijan – naśladowców Mistrza z Nazaretu. Sam tak wiele zawdzięczał Panu. Przecież to On zmienił go z zapalczywego, mściwego młodzieńca – 'syna gromu’ (czytaj: Mar. 3,17; Łuk. 9,51-56), w apostoła miłości. Jan, który pozwolił Jezusowi zamieszkać w swoim życiu i kształtować je, a zarazem sam „zamieszkał w Jezusie”, stwierdził: „Kto mówi, że w nim (w Jezusie) mieszka, powinien sam tak postępować, jak On postępował” (1 Jana 2,6).
Chrześcijanie, podobnie jak ich boski Nauczyciel, zawsze starają się być tam, gdzie człowiek jest w potrzebie. Tak jak ich Pan pomagają biednym, pocieszają strapionych, leczą chorych. Pamiętają przy tym-szczególnie jeśli chodzi o posługę religijno-dobroczynną – o chrześcijańskiej zasadzie: „Darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Mat. 10,8).
Nadchodzi Nowy Dzień. Chrześcijańska nadzieja nie tylko opiera się na pewnikach już dokonanych przez Boga miłości, kierując wzrok na krzyż i zmartwychwstanie Chrystusa oraz Jego błogosławieństwa odczuwane i odbierane w codziennych sprawach życia. Nie tylko motywuje naśladowców Mistrza z Nazaretu do życia służby na rzecz ludzi potrzebujących – tutaj i teraz. Nadzieja ta także kieruje wzrok na największe wydarzenie w historii – na powrót Chrystusa w mocy i chwale. „Gdyż sam Pan na dany rozkaz (…) zstąpi z nieba; wtedy najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie – oświadcza apostoł Paweł – potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana, i tak zawsze będziemy z Panem” (1 Tes. 4,16-17). Nie ma tu żadnej niepewności. Jest to obietnica pocieszenia dla każdego, kto stracił swego bliskiego i kto pokłada nadzieję w Bogu. Jest to ów wielki finał, do którego zmierza cała historia ludzkości. Jest to także wielki dzień połączenia rozbitych, w wyniku śmierci, rodzin.
Biblia dowodzi, że choćby było, nie wiadomo jak bardzo źle na tym świecie, spojrzenie w górę zawsze będzie napawało nadzieją. Bóg nadal jest Władcą wszechświata. „Jest Bóg na niebie” (Dan. 2,28) – powiedział prorok Daniel w momencie największego niebezpieczeństwa, w chwili zagrożenia życia wielu ludzi. Ta sama prawda funkcjonuje dzisiaj – tutaj i teraz!
Pan Jezus dzięki swej ofierze na krzyżu odzyskał prawo panowania we Wszechświecie i już wnet nadejdzie ten dzień, w którym każde kolano schyli się przed Nim i uzna w Nim Pana wszystkiego (zob. Filip. 2,10-11). Jezus powróci, by urzeczywistnić swoje królestwo, w którym „śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie” (Obj. 21,4). On powróci, by obywateli swojego królestwa – ludzi, którzy teraz pozwalają Mu na panowanie w swoim życiu – wprowadzić do nieprzemijających rzeczywistości, jakie zgotował dla człowieka wyrwanego z królestwa grzechu i śmierci. Już teraz idee tego królestwa mogą zapanować w sercu każdego z nas. Na tym polega chwalebny pochód i zwycięstwo chrześcijańskiej nadziei. Oto dlaczego ta nadziejo – nawet w wieku powszechnej beznadziei – pozostaje i trwa. Prostą i dobrze oznakowaną drogą prowadzi przez pustynie i parowy życia do celu – do spokojnego, stabilnego życia z Bogiem – teraz i w wieczności.
Czy dasz jej poczesne miejsce w swoim umyśle i sercu – w twoim programie szukania i realizacji trwałych wartości życia?
Władysław Polok

