Widziałem siedem zborów Apokalipsy!
17 września 2010 • przez Adwentyści Poznań • w Artykuły
W marcu otrzymuję informację – doroczne spotkanie Dyrektorów Informatyki Importerów VW odbędzie się, nie tak, jak zapowiadano w Irlandii, lecz w Stambule. Turcja? Ta zmiana ucieszyła mnie. Turcja jest ciekawsza, ale też na pewno mniej znana. Tam jeszcze nie byłem. Zaraz, zaraz, czy to nie tam są jakieś biblijne miejsca? Rzut oka na mapę wystarczył, żeby podjąć decyzję – pobyt w Turcji przedłużę, aby zobaczyć przynajmniej siedem zborów Apokalipsy, o Stambule nie wspominając. A może też uda się zobaczyć Patmos, Grecką wyspę położoną niedaleko wybrzeży Turcji, na której apostoł Jan napisał Apokalipsę?
Pobieżne oszacowanie odległości wystarcza, aby stwierdzić, że komunikacją publiczną nie ma szans zobaczyć tego wszystkiego w czasie, który mogę na to przeznaczyć. Pozostaje wypożyczenie samochodu. Co na to kolega z pracy, którego zabieram na konferencję? Uff!! Zgadza się na mój plan i też chętnie zwiedzi kawałek świata. Dobrze, że jest zapalonym turystą. Koszty podróży i wynajęcia samochodu podzielimy po połowie. Całe przedsięwzięcie staje się coraz bardziej realne.
Lądujemy
W Stambule lądujemy w piątek 8 czerwca po południu i do poniedziałku zwiedzamy najważniejsze zabytki tego wielkiego miasta. Robią niezwykłe wrażenie, choćby przez to, że zachowały się w bardzo dobrym stanie i są tak odmienne od naszej kultury. Nie było tam wojennych bombardowań, więc nie zostały tak bardzo zniszczone. Świadczą o bogatej i bardzo ciekawej przeszłości, ale to temat na inny reportaż.
Konferencja mija szybko i w czwartek 14 czerwca rano na lotnisku w Stambule, wynajmujemy samochód w jednej z wielu światowych firm reprezentowanych na lotnisku. Odczuwamy jeszcze niepewność, czy nie jest to zbyt ambitny i karkołomny plan, czy nie lepiej wycofać się i spokojnie wrócić do kraju? Ale początek jest dobry i nabieramy znowu ochoty na przeżycie tej przygody. W ustalonej wcześniej, niskiej cenie otrzymujemy samochód o klasę lepszy, niż ten, który rezerwowaliśmy. Innego akurat nie ma do dyspozycji. Pracownik firmy wręcza nam kluczyki do białego Hyunday’a. Szybko finalizujemy formalności, do bagażnika wrzucamy walizki i z niecierpliwością siadam za kółkiem. Ku memu zaskoczeniu, wygodnie mogę zająć pozycję, pomimo moich zawsze za długich nóg. Ciekawe jak się będzie podróżować? Wypadkowość na tureckich drogach jest jedną z najwyższych w Europie. Ale czy w Polsce jest lepiej? Wydaje się nam, że jesteśmy dobrze zaprawieni w bojach i ostrożnie włączamy się do ruchu. Uspakaja mnie świadomość, że zawsze „Pan stróżem życia mego…”
Naszym pierwszym zadaniem jest przejechanie przez cały Stambuł na jego drugą stronę. Wszak to metropolia z 14 milionami mieszkańców. A samo miasto, jak było widać z samolotu, ciągnie się bez końca. Na szczęście, można przejechać przez nie autostradą, której dokładnie przyglądaliśmy się wcześniej, jadąc na konferencję do hotelu. Mając już ogólną orientację i pewne wyobrażenie o zwyczajach tureckich kierowców, przejeżdżamy stosunkowo szybko i bezkolizyjnie na azjatycki brzeg miasta. Mijamy most Bosphorus II rzucony przez Bosfor o długości ponad 1km wybudowany w latach dziewięćdziesiątych. Pomyśleć, że do 1973 roku, przeprawa przez Bosfor o szerokości od 500 m do 3 km odbywała się tylko promami. Do dzisiaj charakter tych dwóch stron miasta różni się od siebie. To pod tym mostem, jeszcze wczoraj jedliśmy kolację i rozprawialiśmy ze zeświecczonym muzułmaninem, pracownikiem VW, o islamie i powrocie Jezusa. Nigdy nie przypuszczałem, że my adwentyści mamy tak wiele podobieństw z islamem. Jest to na pewno jedno z moich ważnych odkryć tej podróży – w końcu podróże kształcą!
Temperatura na zewnątrz bardzo przyjemna – w granicach 24 st. Celsjusza. A tak na marginesie, jeden z Niemców pytał się mnie, czy przejeżdżając do Azji przez most, będzie trzeba mieć ze sobą paszport. Z powagą zapytałem, kto miałby stać po jednej, a kto po drugiej stronie tej kontynentalnej granicy? Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że można mieć taki problem.
1. Akhisar (Tiatyra)
Warunki podróżowania są znacznie lepsze, niż w Polsce – drogi szersze, bez kolein i ruch nie tak uciążliwy. Jedziemy zatem stosunkowo szybko. Miasto staje się coraz mniej odczuwalne i dopiero na 75 kilometrze od lotniska kończy się Stambuł. Zmierzamy cały czas na zachód wzdłuż morza Marmara i zatoki Iznickiej, aż do przeprawy promowej w Eskihsar. Od tego momentu pojedziemy już głównie na południe. Naszym celem dzisiaj jest Akhisar, starożytna Tiatyra, pierwszy z siedmiu zborów, który chcemy odwiedzić. Zastanawiamy się, czy nie wstąpić po drodze do Izniku – starożytnej Nicei, aby zwiedzić miejsce soboru zwołanego przez Konstantyna Wielkiego w roku 325. Jednak rezygnujemy, ponieważ może nam zabraknąć czasu na realizację celu wyprawy – zobaczenia siedmiu zborów apokalipsy i wyspy Patmos. Musimy zatem przejechać dziś ponad 500 km, nie mając jeszcze dobrego wyobrażenia o miejscowych drogach i warunkach podróżowania. A co z wodą, jedzeniem, znalezieniem hotelu itd.? Podobno nie jest tak źle, ale te doświadczenia jeszcze są przed nami. Z Eskihsar przeprawiamy się promem do Topcular i stamtąd mijając Gemlik, Bursę, Balikesir po 400 kilometrach docieramy do Akhisar, starożytnej Tiatyry. Miasteczko nieduże i na tyle nieatrakcyjne turystycznie, że nie wspomina o nim żaden dostępny nam przewodnik turystyczny. Tutaj odczuwamy znacznie większy upał, niż na północy w Stambule. Położenie w głębi lądu, z dala od chłodzącego wpływu morza, robi swoje. Nie odnajdujemy żadnego śladu chrześcijaństwa. Nawet nie ma specjalnie czego uwiecznić na zdjęciu. Refleksje wzbudza tylko wieżyczka minaretu – w takim miejscu? W jednym z pierwszych chrześcijańskich zborów? Teraz jeszcze ten widok wywołuje zdziwienie. Później przyzwyczajamy się do tego, że w tych siedmiu zborach praktycznie innych obiektów sakralnych nie ma. Żeby choć jakiś mały kościół chrześcijański. A tu nic!
Za czasów apostołów było to miasto o dużym znaczeniu gospodarczym, ale nie politycznym. Było znane z produkcji skór, tkanin z wełny i bawełny o wysokiej jakości i trwałych kolorach. Tkaniny te rozprowadzano po całym ówczesnym świecie. Tutaj znajdowała się wyrocznia, druga w znaczeniu po Delfickiej, z rad której korzystano przez wiele stuleci. To z tego miasta pochodziła Lidia, o której czytamy w Dz.Ap. 16,14, sprzedawczyni purpury, pierwsza ochrzczona w Filipii.
Jeden z miejscowych zapytany o dalszą drogę, z dużą życzliwością tłumaczy jak wyjechać z miasteczka. Opuszczając je stwierdzam, że muszę zrobić sobie jedno zdjęcie – choćby przy znaku z nazwą miejscowości. W dali, na horyzoncie widać wzgórza. Jeszcze raz czytam poselstwo do tego zboru z Apokalipsy. Czy rzeczywiście wszystko się tak wypełniło, jak zapowiadało proroctwo? Nie ma wątpliwości.
2. Sart (Sardes)

Jedziemy dalej. Zbaczamy z głównej drogi docierając po 200 kilometrach do Salihli. Po drodze obserwujemy brodzące ptaki, które po bliższym przyjrzeniu się, okazują się flamingami. Jadąc szeroką doliną Gediz, wzdłuż łańcucha górskiego, skręcamy do Sart, czyli starożytnego Sardes. To już nie jest miasteczko. To wioska. Tu po raz pierwszy przekonujemy się o fatalnej informacji turystycznej i często, braku podstawowych danych o dojeździe do zabytków. Dla wszystkich wyjeżdżających dobra rada – zabrać ze sobą dobre przewodniki i mapy! Zresztą czy jest się czemu dziwić? Jeden z Turków pracujących w VW, zapytany o wyspę Patmos zapytał: „A co to takiego?” Odpowiedziałem: „Patmos, wyspa niedaleko brzegów Turcji, gdzie apostoł Jan napisał Apokalipsę”. A on na to: „Co to jest Apokalipsa?” Coraz bardziej poirytowany odpowiadam: „Ostatnia księga Biblii”. „Przepraszam”, on na to z rozbrajającą szczerością: „nie znam Biblii. Nie słyszałem o Patmos i Apokalipsie„. Ten drobny epizod uświadomił mi, że muszę przestawić swój sposób myślenia – to zupełnie inny krąg kulturowy.
Sardes swego czasu było jednym z najświetniejszych miast ówczesnego świata, stolicą imperium Lidów. To tam władał słynny ze swego bogactwa król Krezus (560-546 r.p.n.e.). Otoczone górami i murami, było miastem bardzo trudnym do pokonania. Ale w 546 r.p.n.e. Cyrus, na czele Persów zdobył je podstępem, odkrywając tajne przejście w murach obronnych i wykorzystując ciemność nocy. 300 lat później zostało ponownie podbite przez Antiocha, który zdobył je w podobny sposób, jak wcześniej uczynił to Cyrus. Tamerlan – mongoł na czele swoich oddziałów w 1402 roku ostatecznie zburzył miasto. Od tamtego czasu nie zostało odbudowane. „Jak złodziej w nocy” najlepiej pasuje do tego miasta.
W Sart można już zobaczyć świadectwa przeszłości. Rozpoczynamy od ruin u podnóża góry – szczątków świątyni Artemidy z zachowanymi dwoma charakterystycznymi kolumnami strzelającymi w niebo. W tle świątyni wznosi się olbrzymia góra, z resztką murów obronnych, która wygląda jakby była tylko z piasku. Tam na górze, gdzie stały mury obronne, erozja miała utrudnione zadanie i jeszcze coś z tej góry zostało. Z daleka wygląda to tak, jak niedbale rozdarta ręką dziecka, kartka papieru. To tam, na górze założono miasto, które później rozszerzyło się i do podnóża, gdzie teraz stoimy wśród pozostałości świątyni. Słońce już schodzi coraz niżej, tworząc piękną scenerię z pozostałościami antycznego świata. Opuszczamy to miejsce, myśląc, że to wszystko, co można obejrzeć. Ale okazuje się, że po przejechaniu dwóch kilometrów, po drugiej stronie szosy, jest jeszcze jeden duży kompleks ruin i zabytków, dużo lepiej zachowany od tego, co już zobaczyliśmy. Tam zwiedzamy pozostałości miasta z czasów rzymskich – zrekonstruowane południowe skrzydło pałacu, gimnazjum z łaźniami i marmurowym dziedzińcem, pozostałości największej zachowanej starożytnej synagogi.
3. Alasehir (Filadelfia)
Mamy czerwiec, więc zmrok zapada bardzo późno. Decydujemy się podjechać do następnej miejscowości, aby urwać dziś jeszcze kawałek drogi. W ten sposób po kolejnych 50 km, około godziny 20.00 docieramy do Alasehir co oznacza „miasto Allacha”. To starożytna Filadelfia – „bratnia miłość”.
To miasto jest stosunkowo młode, założone w II wieku przed Chrystusem przez Attalusa II Filadelfusa. Jako starszy brat odziedziczył Pergam, a dla swojego młodszego brata wybudował właśnie Filadelfię. Postawił ją w strategicznym miejscu – w przejściu między górami, jako kluczową twierdzę broniącą dostępu do żyznych dolin. Miasto leży na terenach aktywnych sejsmicznie. Często było burzone, ale i odbudowywane. Ze względu na swój urok, nazywane było też Małymi Atenami.
Przejechaliśmy dzisiaj 560 km. Odczuwając już zmęczenie, zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym hoteliku w centrum miasteczka, przy niewielkim rondzie. Warunki okazują się bardzo dobre, a cena przystępna. Jeszcze niedawne nasze obawy o możliwości noclegowe wydają się bezpodstawne. Wychodzimy jeszcze na krótki wieczorny spacerek, aby poznać nieco atmosfery Tureckiej prowincji. Przekonujemy się, że nie jest zwyczajem Turków wieczorne oglądanie telewizji, ale właśnie wspólne spędzanie czasu na zewnątrz. I te kawiarenki pełne mężczyzn, grających w szachy, warcaby, i inne gry, siedzących, nie tak jak u nas przy szklance piwa, ale przy herbatce, kawałkach arbuza, wodzie mineralnej, sokach i innych bezalkoholowych napojach. Tylko o czym rozmawiają, skoro w ich towarzystwie nie ma kobiet? Jest to widok niezwykły. Wracamy do hotelu i zmęczeni, szybko zasypiamy. Na szczęście klimatyzacja funkcjonuje sprawnie, ponieważ rano o 7.00 na zewnątrz było już ponad 30 stopni Celsjusza.
Zjadamy typowe tureckie śniadanko – biały chleb, twaróg, dżem, oliwki, pomidory i zielone ogórki. Popijamy znakomitym sokiem wiśniowym i ruszamy na poszukiwanie śladów starożytności w tym niewielkim miasteczku. Nie było to takie proste. Trochę kluczymy po uliczkach budzącego się miasteczka, aż w końcu docieramy do ruin kościoła św. Jana, doprowadzeni tam przez pewnego motorowerzystę. W zasadzie to nawet nie ruiny, ale dwa olbrzymie filary, pomiędzy którymi spokojnie przechadzał się żółw. Po drugiej stronie ulicy stoi co? – oczywiście meczet, właśnie pieczołowicie sprzątany przez kilka kobiet. Dziwne te meczety w historycznych miejscach dla chrześcijaństwa. Ale trzeba się do tego przyzwyczaić. Jak do tej pory we wszystkich zabytkowych miejscach jesteśmy jedynymi zwiedzającymi.
4. Laodikeia (Laodycea)
Po kilkunastu minutach znowu siedzimy w samochodzie. Z niecierpliwością czekam na kolejny zbór – wszak to słynna Laodycea, położona koło współczesnego Denizli. Przy wyjeździe z Alasehir, wrażenie na nas robi jeszcze kilkadziesiąt zardzewiałych lokomotyw stojących na bocznym torze.
Jedziemy dalej szeroką doliną na południe. Laodycea oddalona jest od Filadelfii o jakieś 100 km. Każdy adwentysta zbliżając się do tego miejsca będzie odczuwał dreszczyk emocji. Nie inaczej było ze mną. Jak ona naprawdę wygląda? Czy ta woda rzeczywiście jest taka letnia? A w ogóle to czy my jesteśmy tak do niej podobni? No w końcu za miastem Denizli napotykamy zaniedbany znak na Laodyceę. Już blisko. Dojeżdżamy jakąś boczną, mało uczęszczaną drogą za miastem. W przeciwieństwie do poprzednich historycznych miejsc, to jest zupełnie nie ogrodzone i nie zagospodarowane turystycznie. Jest po prostu nieatrakcyjne. Laodycea dzisiaj to bardzo rozległy teren, szary, pokryty pyłem, wypaloną trawą i ostami płaskowyż, długości około 3 i szerokości około 1 kilometra. Miasto, które prawie całkowicie zostało ograbione ze swoich ruin, których kamienie wykorzystano do budowy innych obiektów w mieście obok. W dali widać góry dochodzące do 2750 m. wysokości.
Laodycea – „naród sądu”. Założone w III w.p.n.e. przez Antiocha II. W czasach rzymskich, dzięki produkcji czarnej wełny i odzieży, która nie płowiała, zostało jednym z bogatszych miast w Azji Mniejszej. Wyrabiano tam też słynny w tamtym czasie „Frygijski proszek” używany na schorzenia oczu. Było tak bogate, że po trzęsieniu ziemi w roku 60 n.e. mieszkańcy odmówili przyjęcia wsparcia finansowego od Rzymian i odbudowali je z własnych środków. Zburzone ostatecznie w średniowieczu nie odzyskało potęgi, ponieważ obok było już drugie miasto.
Samochód zostawiamy w cieniu i powoli podchodzimy w górę do widocznych w dali ruin. Wokół pustka, a na ziemi porozrzucane kamienie i szczątki dawnej świetności. Dwa drzewa rosnące wśród tych ruin są jedynymi drzewami na całym tym olbrzymim wzniesieniu. Widok ten robi przygnębiające wrażenie. Idę do widocznych w dali kolejnych ruin. Krajobraz się nie zmienia. Jest akurat samo południe. Słońce pali niemiłosiernie. Wody! Spod nóg uciekają jaszczurki, a do nóg przyczepiają się osty. Po pewnym czasie, po prawej stronie wyłania się amfiteatr. Jedyny obiekt, który zachował się w jako takim stanie. Ale jest pusty. Żadnej widowni. Nie ma spektaklu i nie ma widzów. Płaskowyż Laodycei ciągnie się jeszcze dalej, ale jest tak nieprzyjazny i mało urozmaicony, że idę jeszcze kawałek wśród z rzadka porozrzucanych kamieni, i za chwilę zawracam. W dali, wokół płaskowyżu, widać zielone ogrody, drzewa, po prostu życie! A ta Laodycea jakby należała do innego świata. Zaniedbana, wysuszona, martwa. Można bez problemu podjechać ciężarówką, zabrać te porozrzucane kamienie i wykorzystać je na budowie. I tak też w przeszłości uczyniono. Nikt tu na to nie zwraca uwagi.
Nagle ni stąd, ni zowąd zjawia się przede mną starszy mężczyzna. Mieszkaniec Laodycei? Zatrzymuje mnie, wyciągając z kieszeni ręcznie uszyty mieszek i na dłoń wysypuje zeń skarby. Pokazuje na migi, że to jego znaleziska wygrzebane tutaj, wśród kamieni. Ostrzeżony przez opisy naciągaczy w przewodnikach turystycznych, nie zamierzam dokonywać żadnej transakcji, ale z dużym zainteresowaniem przyglądam się wysypanym na dłoń monetom, ozdobom, kolczykom i innym skarbom. Trudno mi ocenić ich autentyczność, ale kiedy później odwiedziłem tamtejsze muzea, jestem przekonany, że miał rzeczywiście coś ciekawego. Oryginały? Zupełnie nie przypominały ewidentnych podróbek oferowanych w innych, bardziej przez turystów odwiedzanych miejscach.
Pammukale
Po godzinie zwiedzania, siadamy do samochodu i jedziemy do Pammukale („Białej Fortecy”), dziwnego, białego tworu na zboczu góry, widocznej w pewnej odległości z Laodycei. To tam płynie ta słynna letnia Laodycejska woda. Dzisiaj to miejsce wpisane jest na listę UNESCO i zaliczone do niepowtarzalnych zjawisk przyrody. To dawny kamieniołom, który pod wpływem gorącej wody wypłukującej i osadzającej minerały zamienił to miejsce w niezwykły i fascynujący krajobraz. Tu, przeciwnie do miejsc, które odwiedzaliśmy do tej pory, jest mnóstwo turystów. Powoli wchodzimy na górę, podziwiając niezwykłość tego miejsca. Biel oślepia, a bose stopy cierpią od chropowatości podłoża. Kiedyś jeszcze można było się moczyć w małych basenikach ciepłej wody, uformowanych na tarasach, ale teraz jest to już zabronione. Strażnicy pilnują, wyposażeni w gwizdki, gwiżdżąc na nieposłusznych. Idziemy zatem boso, wzdłuż strumyka spływającego z góry. Uczucie jest dziwne i zaskakujące, kiedy wkładając doń nogę, nie czujesz tak typowego w takich sytuacjach chłodu, lecz przyjemne ciepło. Przyjemne!
Ale pić tę wodę w takim upale? Niemożliwe! Ma temperaturę 35 stopni. Z góry podziwiamy widok na całą okolicę i w dali na szary płaskowyż Laodycei. Jasność jest tu niezwykła – słońce z góry, biel z dołu. Aż oczy bolą. Dla zapewnienia sobie dochodów, urządzono też basen, gdzie można za kilka dolarów moczyć się w ciepłej laodycejskiej wodzie pomiędzy zatopionymi antycznymi kolumnami. Tak, tylko moczyć, bo o pływaniu w tej temperaturze nie ma mowy. Już w starożytności przyjeżdżali tu rzymscy weterani wojenni moczyć swoje zmęczone kości. Wokół basenu restauracja. Niestety, miejsce wysoce skomercjalizowane, więc długo się nie zatrzymujemy. Mamy przecież jeszcze nadzieję dostać się na Patmos. Idziemy jeszcze kawałek w górę zobaczyć ruiny Hierapolis. Miasto, które wybudowano jako konkurencję dla Laodycei. Ruiny znacznie lepiej zachowane i atrakcyjniejsze. Siadamy na szczycie amfiteatru i podziwiamy okolicę.
Opuszczamy to miejsce pełni wrażeń i zmęczeni słońcem. Tu niedaleko (ok. 30 km) są jeszcze Kolosy. Jak już tu jesteśmy, to zobaczmy, choć nie jest to jeden ze zborów Apokalipsy. Wkrótce docieramy do miejsca, które wśród otaczających pól, wyróżnia się tylko swoim nienaturalnym wyniesieniem. Dzisiejsze Kolosy to właśnie to – tylko płaski pagórek średnicy ok. 300 m i wysokości 10 m, na którym rośnie pszenica, a pomiędzy nią czasem widać wystające pozostałości starożytnych kolumn. Warto byłoby tu zacząć kopać, aby odkryć coś więcej. Ale w takim słońcu? Współczuję.
Prawie w Patmos
Ruszamy dalej. Tym razem naszym celem jest Kusadasi, nowoczesny nadmorski kurort, z którego mamy nadzieję dostać się na Patmos. Po 210 km około 19.00 docieramy do celu. Z nadzieją wstępujemy do pierwszego napotkanego biura sprzedającego wycieczki po morzu. Niestety – po kilku rozmowach telefonicznych z innymi biurami, informują mnie, że w ciągu jednego dnia, nie jestem w stanie popłynąć tam i z powrotem na Patmos. Uświadamiają mnie, że pomiędzy Grecją a Turcją jest granica Unii Europejskiej, a do tego nie najlepsze stosunki polityczne, nie sprzyjają takim turystycznym kontaktom. No cóż, innym razem. Będę miał jeszcze po co wrócić w ten rejon. Zwalniamy tempo. Zyskujemy jeden dzień. Co z nim zrobimy? Nie zostajemy w Kusadasi, lecz udajemy się do niedalekiego Selcuk, położonego obok starożytnego Efezu. Miasteczko niewielkie, ma około 20 tys. mieszkańców. Również i tu bez problemu znajdujemy hotelik.
5. Efez
Rano ruszamy zobaczyć słynny Efez, na który trzeba sobie zarezerwować kilka godzin. Efez – „pożądany”, miasto położone było na starożytnym szlaku z Rzymu do krajów orientu. To najważniejsze miasto Rzymskiej prowincji Azji Mniejszej. Ze względu na swe dogodne położenie stało się ważnym portem i centrum handlowym. W czasach rzymskich mieszkało tutaj 200 tys. mieszkańców. Tu znajdował się jeden z 7 cudów świata – świątynia Artemidy (Diany Efeskiej), zapewniająca miastu dochody i sławę. Z Artemidą związany był kult bogini matki, który przeniósł się później na chrześcijaństwo. Początkowo świątynia była drewniana. Po zniszczeniu przez pożar, odbudowano ją z marmuru, łącząc kamienne bloki zaprawą z domieszką złota. Część funduszy na odbudowę wyłożył Aleksander Wielki. Jego tysiąc talentów wystarczyło jednak tylko na przygotowanie terenu i podstawę świątyni. Na kolumny zbierano od chętnych przez następne 200 lat. Dach wykonano ze złota. Cała budowa trwała 500 lat. Miasto było niezależne – wolne, pomimo rzymskiej jurysdykcji. Rada miejska podlegała tylko cesarzowi. Drugim takim miastem był Korynt. Efez stracił na znaczeniu po zamuleniu portu przez ujście rzeki.
Dzisiaj Efez, to rozległe i najlepiej zachowane ruiny w całym basenie morza Śródziemnego, jednego z największych miast starożytności u ujścia rzeki Caystros. Rozpoczynamy od ruin bazyliki św. Jana z VI wieku, zbudowanej przez Justyniana. Tutaj podobno pochowano Jana Ewangelistę. Uwagę zwraca dobrze zachowane baptysterium ze schodkami, po których schodziło się do środka, aby – tak jak nakazuje biblijny zwyczaj, przyjąć chrzest przez zanurzenie. Następnie podjeżdżamy kawałek do miejsca, gdzie stała świątynia Artemidy – Diany Efeskiej, bogini płodności. Zachowała się tylko jedna kolumna i szczątki detali architektonicznych, rozrzuconych po łące. Dzisiaj również są tam handlarze sprzedający figurki Artemidy. Ten zawód tutaj ma długą tradycję – ponad 2000 lat. Jestem przekonany, że nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że są wspomniani w biblii. Czasy ap. Pawła stają się tutaj jakoś dziwnie bliskie. Opuszczamy to miejsce, udając się do głównych pozostałości Efezu. Wjeżdżamy na duży parking, obok kramy z pamiątkami, mnóstwo turystów i naciągaczy. Kiedyś w tym miejscu był port, a dziś brzeg morza oddalony jest stąd o kilka kilometrów, za sprawą małej rzeczki, która przez lata naniosła tyle mułu.
Rozpoczynamy zwiedzanie od olbrzymiego amfiteatru. Z jego szczytu rozciąga się szeroki widok na okolicę. Mieści 25.000 widzów w 66 kamiennych rzędach. Do dzisiaj odbywają się tu przedstawienia. Siedzę na kamiennych rozgrzanych ławkach, czytając z Dziejów Apostolskich r.19, jak to zebrany tutaj rozgniewany tłum przez 2 godziny krzyczał „wielka jest Artemida Efeska”. Ap. Paweł musiał być człowiekiem odważnym, skoro był gotów w tej sytuacji przyjść tu i bronić Bożej sprawy. Przez głowę przebiegają mi tysiące myśli. Przecież jest też list do Efezjan. No tak, to do tych, którzy tu mieszkali! Ależ to było bogate miasto. I też byli chętni, aby pójść za Jezusem! Czytam fragmenty związane z tym miastem z Nowego Testamentu. Jakże inaczej się to czyta, kiedy się patrzy na to miejsce i ma się już jakieś wyobrażenie o tym mieście i jego położeniu. Idziemy dalej marmurową ulicą do biblioteki Celsusa. Piękna, odrestaurowana ściana frontowa, jest ulubionym tłem dla fotografii chyba wszystkich zwiedzających. Była jedną z trzech największych bibliotek starożytności po Aleksandryjskiej i Pergamońskiej. Przemierzamy dawną główną ulicę miasta mijając po lewej i prawej ruiny dawnej świetności – świątynię Serapisa, Hadriana, łaźnie Scholastyki, odrestaurowane domostwa, fontannę Trajana, luksusowo wyposażone starożytne ubikacje. Tak przy okazji – w zimie musieli siedzieć tam niewolnicy, grzejąc marmurowe siedziska, aby – kiedy przychodził właściciel niewolnika, mógł oszczędzić sobie nieprzyjemnego chłodu w pośladki. Po pewnym czasie, dochodzimy na końcu uliczki do drugiego, mniejszego amfiteatru, kończącego teren do zwiedzania. Zmęczeni słońcem i temperaturą wracamy, udając się na wypoczynek nad morze.

Po południu postanawiamy zobaczyć Prien, Milet i Didymę, starożytne ruiny miast. W Milecie również przebywał ap.Paweł podczas swojej drugiej pielgrzymki. Kiedyś miasto portowe, teraz również, podobnie jak Efez, od morza odsunięte o kilka kilometrów.
Po przejechaniu dzisiaj 220 km, wieczorem znowu lądujemy w Selcuk, tym razem znajdując sobie inny hotelik na nocleg. Poprzedni nie przypadł nam zbytnio do gustu. Przeglądając przewodnik przed snem, uświadamiamy sobie, że z nadmiaru wrażeń zapomnieliśmy zobaczyć muzeum z bogatą kolekcją dzieł sztuki i przedmiotów codziennego użytku starożytnego Efezu. Znajdują się tam również dwa posągi słynnej Artemidy. Nadrabiamy to rano kolejnego dnia.
6. Izmir (Smyrna)
Ruszamy na północ, rozpoczynając drogę powrotną w kierunku Stambułu. Do tej pory przejechaliśmy 1160 km. Po kolejnych 80km dojeżdżamy do kolejnego zboru – Smyrny, obecnego Izmiru.
Smyrna to „przyjemny zapach”. Ale wiadomo, że przyjemny zapach zioła wydają dopiero wtedy, kiedy są palone, ściskane czy pocierane. To nawiązuje do cierpień, których zaznał zbór Smyrny. Ale z tych doświadczeń zbór wyszedł zwycięsko! Jako jedno z niewielu miast zachowało do dzisiaj swoją starożytną nazwę. Do I wojny światowej, chrześcijanie greccy byli tam w większości i było to jedyne, o takim chrześcijańskim charakterze miasto w Turcji. Nie ma tu zbyt wielu pozostałości starożytności, zatem trzeba ich uważnie szukać wśród nowoczesnych budynków miasta. Jest to największe miasto na naszej trasie, nowoczesny port, drugi po Stambule w Turcji. Ważny ośrodek przemysłowy, handlowy i naukowy. Jeszcze niedawno – w roku 1960 miasto miało 400 tys. mieszkańców, dzisiaj ma ich 2,5 mln! Nie przepadamy za dużymi miastami, zmęczeni już oglądaniem ruin i ciągle pod wrażeniem Efezu, przejeżdżamy je zatrzymując się tylko na kilkanaście minut.
7. Bergama (Pergamon)
Jedziemy dalej na północ, aby po przejechaniu kolejnych 100 kilometrów dotrzeć do kolejnego, a zarazem ostatniego zboru na naszej trasie – Pergamonu – dzisiejszego Bergama. Droga przebiega przez pagórkowatą okolicę, częściowo wzdłuż wybrzeża ciepłego morza Egejskiego. Zbliżając się do miasta, z daleka już widać samotną górę, jakby stożek wulkanu, a na niej ruiny słynnego akropolu pergamońskiego. Przejeżdżamy przez miasto i serpentynami wjeżdżamy na szczyt. Takie położenie było wymarzone na twierdzę i tak też było wykorzystywane. Z góry rozciąga się piękny widok na całą okolicę.
To od nazwy tego miasta pochodzi słowo „pergamin”. Tu mieściła się, druga po Aleksandryjskiej biblioteka z 200 tysiącami dzieł. Zwiedzamy zachowane i częściowo odrestaurowane obiekty – świątynię Ateny, potężny amfiteatr, miejsce, skąd do Berlina przeniesiony został słynny Pergamoński ołtarz Zeusa i wiele innych „kamienisk”, które lepiej zobaczyć niż o nich pisać. Zjeżdżamy na dół, aby obejrzeć pozostałości dolnego miasta z okręgiem Asklepiosa. Mieściło się tam swoiste sanatorium, w którym pacjentów leczono ambulatoryjnie naturalnymi metodami. Tu rozwijała się wiedza medyczna ówczesnego świata, przyniesiona przez kapłanów babilońskich – Chaldejczyków.
Noc chcemy spędzić bliżej morza, i tak docieramy do Ayvalik, małej, sympatycznej miejscowości, gdzie śpimy w hoteliku z pięknym widokiem na niedalekie wyspy z potężną Lesbos.
W końcu zrealizowaliśmy nasz plan – zobaczyliśmy 7 zborów Apokalipsy. Udało się, choć wydawało się to na początku takie odległe. Ale marzenia się spełniają, jak mówią słowa znanej piosenki. Przed nami jeszcze jakieś 700 km do lotniska w Stambule. Po analizie czasu, którym dysponujemy, decydujemy się zobaczyć jeszcze po drodze Assos, Troadę i Troję. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, mijając Edremit, Ayvacik i tu skręcamy na południe do Behram, dawnego Assos. To tutaj Arystoteles założył szkołę filozoficzną i tu rozwinął swą doktrynę demokracji. Tu w roku 58 n.e. przebywał też ap. Paweł. I stąd odpływał do Mikelene na Lesbos. Wjeżdżamy na wygasły wulkan o wysokości 290 m n.p.m. z ruinami starożytnego miasta. Zostawiamy samochód na maleńkim parkingu, obok niedużej kawiarenki, a tu podchodzi do nas jakiś mężczyzna i prosi o kluczyki. Tłumaczy nam na migi, że jeśli któryś z właścicieli zaparkowanych przed nami samochodów wróci wcześniej, on umożliwi wyjazd, przestawiając nasz samochód. Chwila konsternacji, ale po chwili oddajemy kluczyki i stromą drogą w górę, dochodzimy do malowniczo położonych ruin świątyni Ateny. Z tej wysokości rozciąga się wspaniały widok na piękne i czyste morze oraz pobliską wyspę Lesbos. Na zboczu wzgórza od strony morza widać monumentalną bramę zachodnią oraz nekropolis, ale już nie kwapimy się do dokładnego zwiedzania. Już odczuwamy znużenie oglądaniem przez tyle dni ruin.
Wracamy na dół. Będzie samochód, czy nie? Oczywiście był wraz z całą zawartością. Ruszamy dalej na północ, wzdłuż wybrzeża do Troady, dzisiejszego Dalyan. Po drodze zażywamy kąpieli w morzu. Co ciekawe, w Dziejach Apostolskich znajdujemy informację, że ap.Paweł, pomimo, że mógł popłynąć wraz z przyjaciółmi z Troady do Assos, postanowił tę trasę przebyć pieszo. Teraz, przemierzając ten odcinek samochodem, uświadamiam sobie, że musiał być zapalonym turystą. Przecież te miasta dzieli 90 km!
Troada dzisiaj to praktycznie wioska. Wjeżdżając do niej, po prawej stronie widać ruiny starożytności, ale godne zwiedzania tylko dla naprawdę zapalonych turystów. Po zobaczeniu tylu kamieni w tak krótkim czasie, coraz bardziej obojętniejemy na ślady przeszłości. Teraz już nas nie dziwi postawa Turków, którzy mając w takiej obfitości zabytki, nie dbają o nie tak, jak my byśmy sobie tego życzyli. Patrząc wstecz, to przecież co kilkadziesiąt kilometrów, a czasem i częściej spotykaliśmy ruiny sprzed przynajmniej 2 tys. lat. To jest naprawdę fascynujące dla każdego badacza starożytności i ciekawskiego turysty. Nigdy przedtem Turcja nie kojarzyła mi się z takim bogactwem zabytków przeszłości.
Troja
Przed nami jeszcze Troja, do której docieramy po kolejnych 40 kilometrach.
Jest to rozległe wzgórze, rozkopane i niezbyt atrakcyjne dla tych, którzy już widzieli Efez, czy Pergam. Ale jak ten Schliemann trafił na ten skarb króla Priama? Musiał mieć naprawdę nosa. Czytając w młodości historię o genialnym Schliemannie, nie przypuszczałem, że ten teren jest tak rozległy. I kopać w tym upale, w wyschniętej ziemi. Trzeba mieć dużo samozaparcia.
W Troi spotykamy pewną Ukrainkę w wieku około 50 lat, która przyjechała tu na rowerze, okrążając Morze Czarne od strony wschodniej (przez Gruzję). Dojeżdżając z Ukrainy do granicy Turcji z Gruzją już pokonała 1260 km. A do Troi jest kolejne 2000. Miny nam zrzedły, kiedy zobaczyliśmy jej rower – zwykły „składak” na malutkich kołach, bez żadnych przerzutek! To nieprawdopodobne! Na pytanie, ile wydała pieniędzy na tę podróż, odpowiedziała: 16$, z czego 15$ na wizę Turecką, 0,5$ na jeden nocleg, i 0,5$ na kafejkę internetową, aby wysłać e-maile do przyjaciół. Z e-maila, który otrzymaliśmy od niej po powrocie, dowiedzieliśmy się, że dotarła szczęśliwie do Stambułu, a stamtąd, w zamian za wywiad udzielony pewnej gazecie, popłynęła statkiem na Krym. Dokończyć podróż wokół Morza Czarnego zamierza w przyszłym roku. Spokornieliśmy.
Powrót
Wieczorem w Canakkale przepływamy przez cieśninę Dardanele – do Europy. Jutro po południu odlatujemy i wolimy być już po tej stronie przeprawy. Mając za sobą przejechane dzisiaj kolejne 270 km, zatrzymujemy się w hoteliku oddalonym tylko o 50 metrów od przystani promowej. Chyba nie był to najlepszy pomysł, ponieważ w nocy budziły nas wjeżdżające i zjeżdżające z promów TIR’y. Następnego dnia z małymi, zabawnymi przygodami z miejscową Policją, które uświadomiły nam, że zwyczaje panujące tutaj, są wciąż pod silnym wpływem sułtańskiej przeszłości, docieramy na lotnisko w Stambule, aby o 17.20 pełni wrażeń wystartować do Polski.
Przejechaliśmy w sumie 2054 km przez 6 dni. Turcja całkowicie zaskoczyła nas bogactwem zabytków i kultury oraz życzliwością ludzi. Chętnie powrócimy tu innym razem. Bez wątpienia łatwiej czyta mi się teraz poselstwo do siedmiu zborów, jak również przygody ap. Pawła podczas jego pielgrzymek, niż kiedykolwiek przedtem. To, co zobaczyliśmy skłania mnie po raz kolejny do stwierdzenia, że Biblia jest księgą, która się nie myli!


