Blog

Wielki bój w mojej rodzinie

26 grudnia 2023 • przez • w Różne

Wtedy tego nie wiedziałam, a dziś jestem z tego dumna – urodziłam się w rodzinie adwentystycznej! Rok 1991 to rok mojego nowonarodzenia i chrztu w czasie Campu w Człuchowie. To właśnie tam postanowiłam przeczytać książkę „Wielki bój”. Pamiętam, że nie było to łatwe. Zabierałam się do czytania trzy razy. Trudno było mi przejść przez pierwsze rozdziały. W końcu jednak coś się stało i książka pochłonęła mnie – w ciągu paru dni przeczytałam ją „od deski do deski”, używając przy tym czterokolorowego długopisu do podkreśleń ważnych treści. Od tamtego pamiętnego czasu ten wyjątkowy egzemplarz stał się moim skarbem.

Za sprawą „Wielkiego boju” zaczęłam poznawać historię chrześcijaństwa i dziejów reformacji, wydarzeń, które ukształtowały polityczny i religijny obraz dzisiejszego świata. Z wypiekami na twarzy zgłębiałam genezę adwentyzmu i proroczy plan wydarzeń eschatologicznych. Nabierałam pewności, że żyjemy w czasach ostatecznych. Nade wszystko zrozumiałam Bożą miłość wobec mnie. Miałam pragnienie dzielić się z każdym tą wiedzą, choć nie zawsze było to proste…

Nie pamiętam szczegółów, ale w początkach mojego małżeństwa z Przemkiem, komuś pożyczyłam ten unikalny egzemplarz „Wielkiego boju”. Przez blisko 30 lat nie wiedziałam, co się z nim dzieje, gdzie jest, aż do lutego tego roku, gdy w niesamowitych okolicznościach wyszło na jaw, że przez te lata mój „Wielki Bój” stał w biblioteczce Piotra, kolegi męża. Piotr obecne czyta ten mój stary „Wielki bój” i odkrywa kulisy boju między dobrem a złem.

Adwentowe rodzeństwo mojego męża Przemysława to Mariusz, Lidia i Małgorzata. Przy okazji odnalezienia mojego „skarbu” zapytałam ich o wspomnienia związane z książką „Wielki bój”.

Agata: Jak to się stało, że postanowiliście przeczytać „Wielki bój”?

Mariusz: Nie pamiętam dobrze tego momentu. Gdy poznawałem adwentyzm, akurat ta książka nie była dla mnie kluczowa. Był to koniec lat 70. ub. wieku. Pierwszą książką adwentystyczną, którą przeczytałem i od której się wszystko zaczęło była książka „Kościół dogmatów i tradycji” oraz cienka książeczka dotycząca świątyni i odniesienie jej symboliki do służby Jezusa. „Wielki bój” przeczytałem pierwszy raz będąc już jakiś czas członkiem kościoła adwentystów.

Lidia: Moja droga do tej książki był długa. Będąc w kościele rzymsko-katolickim i wzrastając w poważnym traktowaniu Boga w moim rodzinnym domu, nauczona życia zgodnie z tradycją kościoła, od najmłodszych lat poszukiwałam Pan Boga. Ciągnęło mnie do Niego, chciałam przylgnąć do Stwórcy i zrozumieć Jego działanie. Wiedziałam, że jest On dobry. W miarę dorastania pragnęłam dojrzewać duchowo, a nie tylko powtarzać te same frazesy w każdą niedzielę. Znaczenie pojęć: zbawienie, łaska, nadzieja, wiara były dla mnie okryte tajemnicą, a ja chciałam je poznać głębiej. Lekcje religii w kościele nie dawały na moje pytania odpowiedzi. Rodzice również nie podejmowali tematu. Byłam w tych poszukiwaniach osamotniona, a pragnienie poznania narastało. Jako nastolatka chciałam zaznajomić się z Pismem Świętym, ale w tamtym czasie było ono trudno dostępne. Okruchy Słowa w postaci czytanych na mszy fragmentów, nie zaspakajały moich tęsknot.

W roku 1979 otrzymałam od starszego brata Mariusza Pismo Święte. Było to wielkie przeżycie! Trzymałam w ręku coś wyjątkowego, świętego, coś, co – jak uważałam – pomoże mi nareszcie zgłębiać sprawy Boga i odpowie na stawiane pytania, wykraczając poza moją ograniczoną wiedzę i powtarzane w kościele formuły.

Szukając wiedzy uczestniczyłam w spotkaniach oazowych u Ojców Dominikanów, ale powiedziano mi tam, że zrozumienie Pisma Świętego przychodzi jedynie poprzez studia teologiczne, że jest ono zbyt trudne i pełne symboliki, żeby móc je samodzielnie czytać i interpretować. To nie było zachętą do czytania Biblii. Nie mogłam jednak pogodzić tego z faktem, że Jezus nauczał ludzi na łące i byli tam prości ludzie – rolnicy, wieśniacy, hodowcy zwierząt, gospodynie domowe, nawet dzieci, i nie odchodzili mówiąc, że nie rozumieją tego, co mówi Jezus, ale siedzieli przy nim bardzo długo wsłuchani w Jego słowa do tego stopnia, że zapominali czasem o posiłku. Jak zatem pogodzić to z koniecznością studiowania teologii, żeby zrozumieć podstawy wiary – pytałam siebie?

Mariusz przynosił do domu czasopismo „Znaki Czasu”. To była pierwsza literatura adwentystyczna, jaką czytałam. Potem zaczęłam studiować od samego początku Pismo Święte, jednak nie było to łatwe. Sięgnęłam wtedy do książki Ellen White pt. „Droga do Chrystusa”, którą miałam też od Mariusza – wlewała w me serce pokój. Następnie chłonęłam „Życie Jezusa”. Czytałam je codziennie wcześnie rano przed zajęciami na studiach siedząc w parku – by nikt mi nie przeszkadzał. Fascynował mnie Zbawiciel i dzieło zbawienia. Te książki Ducha Proroctwa pomagały mi rozumieć Pismo Święte.

Do książki „Wielki bój” musiałam dojrzeć. Historia i proroctwa nie były treścią moich początkowych poszukiwań. Generalnie nie lubię historii. Poza tym było tam bardzo dużo nowej wiedzy. Od czasu do czasu zaglądałam do jakichś jej rozdziałów, ale trudno mi było przez nie przejść. Gdy w końcu kilkanaście lat po chrzcie zdecydowałam się ją przeczytać, rozdziały o reformatorach zaciekawiły mnie, ale na tym skończyłam jej czytanie. Potrzebowałam więcej Chrystusa, a nie historii. Wolałam czytać kolejny raz „Życie Jezusa”. Dopiero po dłuższej przerwie, gdy podjęłam decyzję, że chcę zdobyć nową wiedzę historyczną i proroczą, przeczytałam rozdziały dotyczące czasów ostatecznych.

Przemysław: „Wielki bój” znalazł się w domu za sprawą Mariusza. Chodziłem wtedy do liceum. W tym czasie Mariusz zaprosił mnie na wykłady pastora Zachariasza Łyko w Poznaniu. Zainteresowałem się wtedy zgłębianiem prawdy o Bogu. Jakiś czas potem wziąłem tę książkę od Mariusza i zacząłem ją czytać.

Małgorzata: Moja historia z „Wielkim Bojem” zaczęła się niedawno, mimo, że wiedziałam o niej już będąc nastolatką. Pamiętam, że w czasie obozu młodzieżowego w Grzybowie pomagałam sprzedawać ją na stoiskach z literaturą, a później mojej siostrze promującej ją we Wrocławiu. Sprzedawaliśmy ją także z młodzieżą adwentową przy poznańskich cmentarzach w czasie Wszystkich Świętych. Często słyszałam o jej wpływie na ludzi – pewne osoby przeczytały ją w jedną noc i od razu zdecydowały iść za Bogiem i staczać dla Niego bój wiary. Sama jednak nie garnęłam się do niej, bo była o historii świata, pionierach wiary i nadchodzących prześladowaniach, których się bałam. Pamiętam jak modliłam się do Boga, aby mnie zabrał, zanim przyjdą te trudne czasy – nie chciałabym się Pana zaprzeć, a nie czułam się na siłach fizycznych, aby sprostać temu zadaniu. Tak wtedy to rozumiałam.

Zamieszanie związane z Covidem było dla mnie inspiracją do poszukiwania odpowiedzi na pytania: co to jest, jak się ustrzec i jak się odnaleźć wśród tych bombardujących globalnie wiadomości. Poszukiwałam oparcia w Bogu, jako stabilnego gruntu w trzęsącym się świecie. Zapragnęłam, aby On stał się moim sternikiem na tej burzliwej fali, jaka przechodziła przez nasz świat. W tym czasie kolega ze zboru, który jest zafascynowany tą książką, zachęcił mnie do przeczytania tylko jednego jej rozdziału – 34., mówiącego o spirytyzmie. Pomyślałam: „No dobra, to nie powinno być takie trudne, w końcu to tylko jeden rozdział”. Ten jeden rozdział otworzył mnie na pozostałe. Wyciszona od gwaru mediów w 2020 r. zanurzyłam myśli w „Wielkim boju”.

Jakie były Wasze odczucia, gdy czytaliście „Wielki bój”?

Mariusz: Przeczytałem z zaciekawieniem pierwsze rozdziały, a kiedy doszedłem do rozdziałów dotyczących przyszłości, odłożyłem książkę – nie do końca mnie interesowały. Bardziej szukałem recepty na życie tu i teraz, wierząc, że przyszłość będzie konsekwencją tych decyzji.

Lidia: Po latach bycia adwentystką posiadałam już jakąś wiedzę o książce. Lektura „Wielkiego boju” pomogła tę wiedzą usystematyzować i poukładać. A było tego naprawdę dużo. To, co czytałam, rozkładałam na czynniki pierwsze. Założyłam zeszyt i robiłam notatki z przeczytanych treści, grupując informacje w punktach lub wpisywałam cytaty, które były dla mnie cenne. Ugruntowałam informacje na temat czasów, w jakim żyjemy, poznałam lepiej metody działania Bożego przeciwnika i to jakie szczególnie nauki będzie wykorzystywał, żeby oszukiwać ludzi. Zainteresował mnie stan ludu Bożego przed powtórnym przyjściem Jezusa i zagrożenia, jakie stoją przed wierzącymi. Dzięki trwaniu w relacji z Bogiem, czytaniu Biblii i książek s. White, przestałam bać się przyszłości. Jestem wdzięczna Bogu, że nie pozostawił swego ludu bez ostrzeżeń w tych ostatecznych czasach i udzielił dodatkowego światła.

Przemysław: Byłem zafascynowany tym, że ktoś tę wielowiekową historię spisał, ale byłem też boleśnie zszokowany i wzburzony, gdy docierała do mnie prawda o kościele katolickim, który do tamtego czasu był dla mnie święty i nieskazitelny. Od tej pory mam swoich bohaterów, męczenników wiary, ludzi, którzy byli gotowi oddać życie dla Boga. Myślę o John Wickliffe, Janie Husie i wielu innych.

Małgorzata: Najpierw wertowałam dany rozdział, sprawdzając o czym jest, czy to zagadnienie mnie interesuje. Niestety często nie rozumiałam tego, co czytam. Niby znałam słowa, ale one jakoś nie do końca składały się w jedną całość. Nie potrafiłam uchwycić sensu. Zaczynałam ten rozdział czytać od początku. I tak raz po raz podchodziłam do niego, aż w końcu wszystko zaczęło się układać i treść stawała się jasna. Niektóre rozdziały czytałam nawet cztery dni, bo wszystkie imiona w nim podane sprawdzałam i dociekałam ich roli w historii. Nie spodziewałam się, że pewne wydarzenia w jednym miejscu miały wpływ to, co działo się gdzieś indziej. Często odczuwałam, że jestem częścią tych wydarzeń. Gdyby pewni mężowie wiary nie oddali siebie jako ofiarę, nie byłabym pośród wierzących, tylko pośród bojaźliwych.

Jaka była reakcja Waszych rodziców i Was samych na pojawienie się książki Wielki bój i nowych poglądów w rodzinnym domu?

Mariusz: Nie pamiętam tego. Rodzice chyba nawet jej nie wzięli do ręki, albo o tym nie wiedziałem. Ja byłem najstarszym z rodzeństwa. Chcąc być lojalnym wobec rodziców, byłem wstrzemięźliwy co do dzielenia się z młodszym rodzeństwem tym, czego się dowiedziałem. Uważałem, że będę miał prawo im to przekazać wtedy, kiedy będą zbliżać się do pełnoletności.

Lidia: Tych wczesnych lat nie pamiętam, ale ogólnie rodzice nie byli nam przychylni. Nie chodziło nawet o czytanie książek, ale o samo studiowanie Pisma Świętego w kościele adwentystów.

Przemysław: Jak sięgam pamięcią, następowała polaryzacja stanowisk rodziców ze wskazaniem raczej na przychylność i tolerancję ze strony ojca oraz całkowity jej brak u mamy.

Małgorzata: Miałam wtedy nieco więcej niż 10 lat. Na tym etapie to mnie jeszcze nie dotyczyło.

Byliście rodziną katolicką. Jaki był ten katolicyzm?

Mariusz: Byliśmy przykładną rodziną katolicką, co niedzielę (bez wyjątku) chodziliśmy do kościoła, często w domu była wspólna modlitwa wieczorem. Ja poszedłem z bratem do wczesnej komunii świętej – byliśmy jeszcze w przedszkolu. Również praktykowaliśmy modlitwę przed wspólnym posiłkiem, choć gdy zaczęliśmy dorastać, to zwyczaj ten zanikł. 

Lidia: Byliśmy uczeni oddawania Bogu czci, chodząc w każdą niedzielę do kościoła i uczestnicząc w sakramentach. Mama bardzo pilnowała, byśmy żyli po katolicku. Dbała o naszą moralność. Na niedzielę mieliśmy świąteczne ubrania i nakryty stół do obiadu. To mama nadawała duchowy kierunek rodzinie. Pamiętam czasy, gdy rodzice z piątką dzieci klęczeli wieczorem przy łóżku, a mama się modliła. Tata miał katolickie rodzeństwo, które stało na straży jego poglądów.

Przemysław: Nasz dom w czasach komunizmu był patriotyczny i wzorowo katolicki – były spotkania młodzieżowe w kościele, religia, harcerstwo i pomoc przy remoncie kościoła. Ale o Piśmie Świętym wiedzieliśmy tyle, co z niedzielnej mszy. Gdy rozmawiałem sam na sam z ojcem, którego pasją byłą historia, o tym czego dowiedziałem się o kościele i zbawieniu, to jego stosunek do tego, co słyszał, był pozytywny. Zdarzało się, że pojawiał się czasem na nabożeństwach. Jednak w obecności innych, zwłaszcza swojej rodziny, zawsze bronił kościoła katolickiego i stawał przeciwko nam. Mama natomiast była typową zagorzałą katoliczką, osobą wrogo nastawioną wobec wszystkiego co niekatolickie.

Małgorzata: Nasz dom był typowym domem katolickim. Uczęszczałam na msze, rekolekcje, śpiewałam w chórze i uczona byłam katechezy. Obchodziliśmy święta i był to jedyny czas, kiedy mama otwierała Biblię.

Jak doszło do Waszego kontaktu z kościołem adwentystów?

Mariusz: Przyszedłem do zboru przez kolegę ze studiów, Ryszarda, który zakupił kilka książek z wydawnictwa „Znaki czasu” od m.in. mojej przyszłej żony, stojącej ze stolikiem z literaturą na mieście po kazaniu Billy Grahama u Ojców Dominikanów w Poznaniu. 

Lidia: Przyszłam do zboru pierwszy raz zaproszona przez brata Mariusza. Było to w maju 1979 roku, kiedy w zborze obchodzony był Dzień Rodziny Chrześcijańskiej.

Przemysław: Mariusz zaprosił mnie na wykłady odbywające się w zborze w Poznaniu. Spodobały mi się. Mówcą był Zachariasz Łyko, a śpiewem służył Mirosław Karauda. Nie można było tego nie polubić.

Małgorzata: Trafiłam do kościoła ADS przez rodzeństwo. Siostra Lidka miała w pokoju na półce książkę Ellen White pt. „Drogę do Chrystusa”. Pewnego dnia, gdy jej nie było w domu, wzięłam ją. Była taka mała, że mogłam ją bezpiecznie ukryć w kieszeni przed okiem rodziców. Brałam psa na spacer i czytałam na ławce w parku. Potem zaproszono mnie na spotkanie młodzieżowe odbywające się po nabożeństwie. I tak zaczęłam przychodzić do zboru.

Jak znajomość „Wielkiego boju” wpłynęła na Wasze życie?

Mariusz: Akurat ta książka nie odegrała znaczącej roli w moim życiu. Odłożyłem ją po przeczytaniu części historycznej. Dopiero będąc już adwentystą wróciłem do niej. Uważam, że w Polsce powinno się równie mocno promować książkę „Życie Jezusa”, która wraz z „Wielkim bojem” należy do serii „Konflikt wieków” .

Lidia: „Wielki bój” obnaża kłamstwo, a wywyższa prawdę, którą ludzie muszą poznać. Poznanie planów, jakie Bóg ma wobec mnie pomogło mi mocniej uchwycić się Pana w przekonaniu, że w trudnych chwilach On będzie ze mną. Nie muszę rozpaczać, lękać się sądu Bożego, ani prześladowań. Wszystko jest w Jego rękach. Wystarczy, że przyjmę Jego nauki, ostrzeżenia dotyczące czasów ostatecznych i będę podążać drogą wiary.

Przemysław: Książka diametralnie zmieniła moje życie i nadała mu sens. Zawsze moimi idolami byli książkowi bohaterowie walczący o sprawiedliwość, jak Robin Hood czy Andrzej Kmicic. Teraz mam prawdziwych bohaterów. Starałem się tą pasją zarazić moje dzieci i przy okazji wakacji często odwiedzaliśmy miejsca związane z ruchem reformacyjnym, gdzie czytaliśmy z Agatą rozdziały „Wielkiego Boju” i mówiliśmy dzieciom o planie zbawienia.

Małgorzata: W czasie pandemii byłam zagubiona. Nie wiedziałam gdzie jest prawda i ta książka pomaga mi spojrzeć na to, co się dzieje zza kurtyny. Pomaga zobaczyć historię ziemi oczami nieba i te wydarzenia, których nie rozumiemy, albo które wydają się bez sensu i są rozsypane jak puzzle. Nagle puzzle układają się i widzisz jakiś obraz.

Ostatecznie Wasza czwórka z piątki rodzeństwa nawróciła się i przyłączyła do kościoła adwentystów dnia siódmego. Jak to wpłynęło na relacje z Waszymi rodzicami?

Mariusz: Jeszcze 15 lat po moim chrzcie, kiedy przychodziłem do domu, mama widząc mnie płakała, mając pretensje do mnie za wyprowadzenie jej dzieci (mojego rodzeństwa) z kościoła katolickiego. Często słyszałem, że za to odpowiem przed Bogiem i że wbiłem jej gwóźdź do trumny. Nie było to łatwe… W jej przekonaniu, mocno ją zawiodłem, ale na szczęście pod koniec życia mama zmieniła nastawienie i kiedyś, w czasie gdy wygłaszałem kazanie, weszła do kaplicy i usiadła na krześle. Przez chwilę zaniemówiłem, ale powiedziałem kazanie do końca. Cuda się zdarzają!

Lidia: Gdy zrozumiałam, że moja przygoda z Pismem Świętym to nie jest coś przelotnego, ale że znalazłam prawdziwy Skarb i chcę z Biblią przejść przez całe życie, podjęłam (jako pierwsza z rodzeństwa) decyzję o chrzcie. Chrzest zaplanowany był na 13. grudnia 1981 r., ale wtedy ogłoszono stan wojenny. Chrzest przesunięto o dwa tygodnie. Rodzicom powiedziałam, że ochrzczę się, ponieważ chcę żyć bliżej Boga i zgodnie z naukami Biblii. Mama na te słowa zareagowała bardzo emocjonalnie. Tata natomiast zachował spokój i nakłaniał mamę do łagodnej rozmowy ze mną celem wyjaśnienia tej sytuacji. Zapewniłam rodziców, że chcę być lepszą córką niż do tej pory.

Przemysław: Dla rodziców to był szok, przerażenie, ale i bezradność wobec zdecydowanej postawy swoich dzieci. Mama zawsze była wrogo nastawiona do Żydów. Obciążała ich odpowiedzialnością za śmierć Chrystusa, a sobota u adwentystów przypominała jej o tym. Jednak przy schyłku życia zdarzało się, że pojawiała się w sobotę w zborze. Ostatnie trzy miesiące jej życia były wyjątkowe – w naszym rodzinnym mieszkaniu, tam, gdzie wszystko się zaczęło, zamieszkała wnuczka mamy, Kamila. Chętnie czytała babci Pismo Święte. Moja mama otworzyła się wtedy także na słuchanie o Bogu. Któregoś wieczoru, gdy Kamila czytała w swoim pokoju rozdział z „Wielkiego boju” dotyczący zmiany sabatu na niedzielę, mama weszła do niej, prosząc, by wnuczka czytała na głos. Mama wysłuchała spokojnie całego rozdziału, a potem podziękowała i wyszła. Kilka dni przed jej śmiercią, Kamila czytała mamie z „Życia Jezusa” rozdział o ukrzyżowaniu Pana i Ewangelię Łukasza, który tak jak mama, był lekarzem. Bóg dokonał wielkiej zmiany w jej sercu! Trzy dni przed zaśnięciem na swojej kanapie modliła się własnymi słowami wprost do Boga w imieniu Jezusa, prosząc Go o przebaczenie konkretnych grzechów. Dzięki studium ostatnich chwil życia Jezusa zyskała pokój i radość zbawienia. To jest po prostu niesamowite! Konflikt o wiarę, który zapłonął decyzją Lidki o biblijnym chrzcie, został po 29. latach ugaszony w tym samym domu przez przedstawiciela kolejnego pokolenia – córkę Lidii, Kamilę. Boże drogi są niezbadane! Żywimy nadzieję na spotkanie naszej mamy w Królestwie Bożym.

Małgorzata: Pamiętam jak moje rodzeństwo starało się przekonać rodziców, że to, w co wierzą, nie ma potwierdzenia w Piśmie Świętym.

Jakimi słowami dzisiaj moglibyście zarekomendować „Wielki bój”? Czy warto ją przeczytać?

Mariusz: Rekomenduję tę książkę, ale ostrożnie. Nie uważam, żeby była dla każdego, tak jak nie była dla mnie. Zresztą na tak wielką ilość rozpowszechnionych książek w Polsce, mamy niewielką ilość nawróceń osób po jej przeczytaniu. Kiedyś, o mało co, zostałbym pobity przy stoisku, kolportując tę książkę. Rozpowszechniłem jej w latach 80. i 90. chyba ponad tysiąc egzemplarzy.

Lidia: Rozpowszechnianie „Wielkiego boju” to prawdziwa walka o światło w świecie pełnym ciemności i fałszywych nauk. Dlatego, dzięki łasce Bożej, aktywnie uczestniczę w jej kolportażu we Wrocławiu, ulica za ulicą, w przekonaniu, że jej treść może zmienić patrzenie wielu ludzi na aktualne wydarzenia w świecie i pomóc zrozumieć plan Boży wobec ludzkości. Mówię ludziom, że mogą być zwycięzcami w tej prawdziwej wojnie, która toczy się o każdego, a w której Bóg jest zwycięzcą. Gdy staniemy po stronie Jego prawdy, jesteśmy z Nim zwycięzcami. Ktoś, kto szczerze szuka Boga, a przeczyta „Wielki bój”, zyska pokój i radość, a oprócz tego przekonanie, że Najwyższy nad wszystkim czuwa.

Przemysław: Dla kogoś zapatrzonego w kościół katolicki jak w obraz, kogoś dumnego z jego roli w polskiej historii, poznanie prawdy jest jak zawalenie się podstaw całego świata. To mój totalny i nieodwracalny zwrot o 180 stopni. To wypowiedzenie wojny fałszerstwu i kłamstwu wraz z jego wszelkimi potwornościami. To mój Wielki Bój i droga do wolności – wolności w Chrystusie.

Małgorzata: Dla mnie to historia ziemi pisana oczami Nieba; historia ziemi widziana zza zasłony. Trzeba być gotowym na to, że gdy już zacznie się czytać „Wielki Bój”, to być może będzie się zarywać noce, bo książka jest bardzo wciągająca.

Rozmawiała Agata Radosh

0 Comments

Polub nas na Facebooku

Wtorki z Biblią

Poselstwo trzeciego anioła

Poselstwo trzeciego anioła

Życie ma sens

Życie ma sens