Załamanie duchowe, zniechęcenie, rozpacz — tak typowe dla współczesnych czasów — często mają swój początek w uświadomieniu sobie różnicy pomiędzy tym, jakimi powinniśmy być, a stanem, w jakim naprawdę się znajdujemy. Największym też bojem w życiu chrześcijanina jest próba pojednania świadomego kalectwa naszej grzesznej natury z wymaganą doskonałością charakteru samego Boga.
„Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest” (Mat. 5,48) — powiedział Zbawiciel. Problem polega na tym, jak to osiągnąć. Słyszymy nieraz głosy:
— Próbuj! Próbuj mocniej! Pozwól Bogu działać. Niech Jezus wejdzie do twego serca.
Te rady są dobre. Próbujemy i… upadamy. W końcu przestajemy próbować. Krzyczymy w rozpaczy:
— To beznadziejne! Nigdy nie będę doskonały!
Razem z apostołem Pawłem jesteśmy gotowi wołać: „Nędzny ja człowiek! Któż mnie wybawi z tego ciała śmierci?” (Rzym. 7,24). „Albowiem nie czynię dobrego, które chcę, tylko złe, którego nie chcę” (Rzym. 7,19). A przecież mimo całej naszej rozpaczy nieustannie dźwięczą nam w uszach słowa: „Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest”.


